Dzień dobry, witam w Nowym Roku, a niedługo to nawet w Nowym Yorku będę witała. Tak, wybieram się, ale na krótko, nie na zawsze. A czasem to nawet szkoda, że nie na zawsze. Na wadze dziś rano 64,5. To przez weekendowe narty i Krynicę Zdrój. W restauracji wydałam tam 100 złotych i ledwo podnosząc się z krzesła wyszłam zdegustowana twierdząc, że dobre, dużo, ale cholera, co tak drogo. Oj działo się działo, najwięcej w moim brzuchu. Pomidorówka, kwaśnica, piwo zimne, piwo ciepłe ze sokiem, grzaniec, ryba, pierogi, schabowy (najważniejszy, być w górach i nie zjeść schabowego...), lody, KFC, oscypki, woda uzdrawiająca z pijalni Krynickiej...
Mój trzeci sezon na nartach wypadł całkiem nieźle na początku - dwa wywalenia, raz podciął mnie snowboardzista, nogi bolały mnie dopiero trzeciego dnia, nie złamałam sobie nic, nie rozerwałam spodni na tyłku itp. Aczkolwiek raz spodnie mi przeciekły (na suwaku odpinającym szelki, z tyłu) i jeździłam z mokrą dupą. I teraz siedze i zasmarkuje tony chusteczek. Eh, czego się nie robi by być sławnym.
Nowy rok zaczął się fatalnie - drugiego stycznia, z samego rana auto służbowe odmówiło posłuszeństwa. Dali drugie auto, które za 3 godziny tez odmówiło posłuszeństwa, a w zasadzie to stanęło na środku skrzyżowania i zaprotestowało.
Na szczęście pod koniec tygodnia wzięłam i wyjechałam. I co? I auto prywatne też kuleje. Na szczęście do Krynicy i z powrotem dojechało.
Wczoraj znów popsuło się ulubione moje auto służbowe.
Dżizas krajz.
teraz powinnam uczyć się do egzaminu z ekonometrii, ale szkoda czasu, bo po przeczytaniu trzech zdań ja już nie wiem, o czym jest ten przedmiot.
Żyję tylko wyjazdem za miesiąc. Już za miesiąc, już Miami czeka.
Teraz się odchudzam żeby dobrze wyglądać w stroju kąpielowym, no ale jak można dobrze wyglądać w stroju kąpielowym, jak się waż 64, 5 kilo....
EDIT:
No i zapomniałam podsumować 2011.
Styczeń to wyjazd do Austrii i piękne Alpy z grzanym winem i szfajnekotletem na cały talerz oraz miłość do teatrów, szczególnie Buffo, gdzie Nataszka śpiewała po włosku <3. W styczniu także pożegnałam się (ale jak widac tylko na jakiś czas) z ownlogiem i przeszłam sobie na vitalię, gdzie przy wadze 84 kilo zaczęłam odchudzanie.
Luty to odmawianie sobie jedzenia, szczególnie McD, KFC i innych takich tam. A w NewYorkerze zmieściłam się w coś rozmiaru XL. Byłam wniebowzięta. Zeszłam wtedy z kilogramami do 76. :)
Marzec to odnowa biologiczna czyli dieta i zapierdol w górach. I ostatniego dnia diety porzygałam się przy trasie Krynica-Nowy Sącz :) W marcu równiez zaczęłam pracę jako kierownica i od razu dostałam ataku kolki nerkowej. Ogólnie miesiąc zakonczyłam z wagą 71 kilo.
Kwiecień to bez rewelacji, 68 na wadze.
Maj - Sopot, molo i moje 10 punktów karnych, ale nie dałam się, gonili mnie na kogutach dobre pare kilometrów. 68 na wadze, wyglądam coraz lepiej.
Czerwiec i Lipiec nie pamiętam, ale za to w sierpniu wróciłam z chorwacji z wagą 74 kilo :P
We wrześniu znów było 66.
W październiku 64 i Turcja. I znów waga w górę.
Od listopada motam się pomiędzy 64 a 63 i nie moge zejść niżej. Oczywiście wymarzona waga to 55. I dopne swego, a jak!